Demokratyczni politycy nie lubią satyryków.
(Krzysztof Daukszewicz) – To zależy. Chociaż odczułem to w 2005 roku, kiedy do władzy doszła koalicja Prawa i Sprawiedliwości, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin. Miałem wtedy felietony w kilku stacjach radiowych – ze wszystkich zostałem wyrzucony. Partią, której nie interesowało, że ktoś się z niej śmieje był Sojusz Lewicy Demokratycznej. Oni swoje lody kręcili i nie zwracali na to uwagi – byli przyzwyczajeni, bo w czasach komunizmu też się z nich śmiali. W tym sensie przed 1989 rokiem było mi łatwiej, bo wtedy jak cenzor zatwierdził tekst – nikt inny się nie wtrącał. A teraz każdy redaktor ma coś do powiedzenia, a do tego dochodzą ich przełożeni. Po upadku komunizmu do pewnego momentu było w porządku. Później w telewizji zaczęli przed programem prosić o tekst. Jeśli coś im nie odpowiada, to mówią, że „nie pasuje do koncepcji programu”. Nie da się udowodnić, że to jest cenzura, ale oznacza jedno i to samo. Tylko jest dużo bardziej cwane.
(a w obrazku, rocznicowym – ulice wrocławia, kwiecień1981 rok. bez okazji.)
