| Nikita Michałkow: „Marzę o tym by kochać władzę” |
|
|
|
| 22.02.2008. | |
|
„12” najnowsze dzieło Nikity Michałkowa właśnie został uznane za najlepszy rosyjski film ubiegłego roku. Dodatkowo obraz został nominowany przez Amerykańską Akademię Filmową do Oskara w kategorii filmu nie anglojęzycznego. Michałkow ma już na koncie złotą statuetkę za film „Spaleni Słońcem”. Obecnie przygotowuje jego kontynuację.
- Co my, Polacy, powinniśmy zrobić by nie bać się dzisiejszej Rosji? Nikita Michałkow: Nic. Uśmiechy, ściskanie dłoni, udawanie przyjaźni czy z drugiej strony wzajemne pogróżki - takie postępowanie nigdy nie rozwiązywało problemów. Domaganie się od Rosji jakiś oficjalnych oświadczeń nie spowoduje, że Polska lub inny kraj przestaną się jej bać. Według mnie, a mówię wyłącznie w swoim imieniu, najważniejsze jest zrozumienie podstaw wzajemnych pretensji. Na przykład urazy Polski do carskiej Rosji. Czy są one zasadne? Pewnie tak, tak jak i innych ówczesnych naszych sąsiadów. Jednak dziś każdy z krajów sam decyduje, jakie korzenie są mu bliższe, jaka kultura jest dla niego bardziej zrozumiała. Dlatego, by nie bać się Rosji należy ważyć ciężary wzajemnych pretensji. Nie uśmiechać się tylko rozmawiać. Jeśli istnieje podejrzenie, że polskie mięso jest podłej jakości to wspólnie je obwąchajmy. Jak się okaże, że to my łgaliśmy, to bijmy się w piersi. Bać się należy tego, który do ciebie się uśmiecha, a może cię oszukać, a nie tego, który mówi ci w oczy - ja ciebie nie lubię. Jeśli mnie nie lubisz to wyjaśnij, dlaczego. - Od lat przyjaźni się Pan z Danielem Olbrychskim. N.M.: Ta przyjaźń wyraża rzeczywisty stosunek Polaków i Rosjan. Tyle wypiliśmy wspólnie wódki, że trudno było by nam nie kochać się wzajemnie. My po prostu zrozumieliśmy, że jesteśmy na siebie skazani. Nie możemy przed sobą uciec, a ani ja ani on nie jesteśmy łatwymi ludźmi. Często kłócimy się straszliwie. Bać się powinien ten, który nie umie kochać. - W Polsce panuje opinia, że w rozmowach z putinowską Rosją prędzej czy później zamiast argumentów pojawi się groźba zakręcania kurków z gazem czy ropą. N.M.: Niektórzy w Rosji uważają, że straszenie takimi rzeczami jest konieczne, gdyż świat nie chce samodzielnej Rosji. A niesamodzielna Rosja to katastrofa dla świata. Kiedy istniało ZSRR była równowaga, plus i minus. Nie ważne, kto miał rację, a kto nie. Był pokój. A co się stanie jak jednego bieguna zabraknie? - Straszy Pan rosnącą potęgą Chin? N.M.: W jakim języku by dziś mówiła Europa gdyby Rosja przed wiekami nie zatrzymała tataro-mongolskiej hordy? - Czyli obstaje Pan za silną, nawet niedemokratyczną rosyjską władzą? N.M.: Zdecydowanie tak! Rosja bez silnej władzy to katastrofa dla świata! Istota Rosji opiera się na prawosławnym krzyżu, a on składa się z pionu władzy oraz poziomu wolnej kultury i ekonomii. W Finlandii prezydent wybierany jest raz na sześć lat, u was raz na pięć, a u nas, po amerykańsku, co cztery lata. W Stanach Zjednoczonych tak naprawdę na biurku w Białym Domu zmienia się tylko fotografia żony prezydenta, reszta pozostaje stabilna. A w Rosji kandydat na prezydenta nie tylko opiera swoją kampanię na opluwaniu swojego poprzednika, ale po zwycięstwie natychmiast pozbywa się ludzi z poprzedniej ekipy i burzy całą strukturę. W takiej sytuacji nie ma szans na stworzenie mocnego państwa. - Jaka jest zatem rola artysty w dzisiejszej Rosji? Ma umacniać potęgę państwa czy walczyć o demokrację? N.M.: Istnieje taki idiotyczny, zakorzeniony od wieków przesąd, że rosyjski artysta powinien żyć w biedzie i umrzeć na gruźlicę. A kto zakazał chcieć? Chciej i miej. Tylko nie możesz zapominać, że w jednej chwili możesz wszystko stracić. Antoni Czechow wypowiedział złotą myśl: „Za drzwiami każdego szczęśliwego człowieka powinien stać ktoś, kto stukając kołatką będzie zawsze przypominał o cudzym nieszczęściu”. Zadaniem elity jest właśnie zmuszanie ludzi do zastanawiania się nad takim sprawami. Chciałbym by po obejrzeniu mojego filmu człowiek otwierając drzwi samochodu czy też kupując gazetę na chwilę się zatrzymał i pomyślał: „Boże, jaki ja jestem szczęśliwy, że kupuję gazetę, a nie siedzę w okopie.” - A co z władzą? N.M.: Ja marzę o tym, by kochać władzę. Kiedy mi zarzucają, że jestem sługusem Putina to odpowiadam najpierw pytaniami: „Czy nakręciłem, choć jeden film gloryfikujący władzę? Czy byłem w partii? Czy kiedykolwiek chwaliłem Chruszczowa, Breżniewa i innych, tak jak to robiło wielu moich kolegów artystów, a dziś wielkich demokratów?”. Dlatego teraz mam prawo otwarcie powiedzieć o Putinie: „Tak, darzę Tego człowieka szacunkiem”. On jako pierwszy nasz przywódca otwarcie mówi o rzeczywistych interesach Rosji. To nie jest ktoś, który mówi jedno a robi drugie. - Przywrócenie dumy narodowej jest podstawowym osiągnięciem ekipy Putina? N.M.: Bezwzględnie. Tyle, że bardziej chodzi tu o przywrócenie poczucia godności niż o dumę. - W najnowszym filmie, „12”, wzywa Pan do rozmowy. Przez dwie godziny jedenastu ławników dysputuje nad winą lub niewinnością młodego Czeczena. Bohater, którego Pan gra, cały czas milczy. Ale na koniec to jednak on, jako jedyny, podejmuje konkretne działanie. N.M: On, w zasadzie, w niczym nie różni się od reszty. Na początku tak jak i innym było mu wszystko jedno, co się stanie z czeczeńskim chłopakiem. Kiedy jednak dochodzi do dyskusji przestaje być obojętny, choć nie jest aktywny. Nie przypadkiem jest oficerem. Po tych wszystkich poniżeniach, jakich doznała armia ze strony naszych liberałów, uznałem, że wojsku należy się choćby symboliczna satysfakcja. I właśnie ten „mój” oficer jako jedyny zauważa, że sprawiedliwy werdykt jest jednocześnie wyrokiem na chłopaka. - Wyrokiem, gdyż wypuszczony z więzienia natychmiast zginąłby z rąk oprawców, którzy zawiązali przeciwko niemu intrygę. Wychodzi na to, że spośród 12 sprawiedliwości jedynym rzeczywistym obrońcą młodego Czeczena będzie były czerwonoarmiejec. To nowy Chrystus? N.M.: (Śmiech) No, nie, nie… W tę grę to Pan mnie nie wciągnie. - W filmie dyskutują Rosjanie. Nie znamy wersji zdarzeń chłopaka, a równolegle rozgrywająca się druga część filmu obrazuje wojnę w Czeczenii jako krwawą jatkę. Podział „My/Oni” jest boleśnie widoczny. N.M.: Podział „My/Oni” pojawia się wtedy, kiedy podczas rozmowy mówimy „Oni”, a nie „My”. Ławnik, który zmusza pozostałych kolegów do rozpoczęcia dyskusji nie zgadza się na szybkie uznanie winy chłopaka tylko, dlatego, że Czeczeniec mówi źle po rosyjsku. - Nie od dziś wiadomo, że inność nie może być argumentem w poważnej dyskusji. N.M.: Chodzi mi o coś więcej. Stosunki międzyludzkie sprowadzają się dziś do wypowiadania nic nieznaczących formułek: „Jak się masz? Dziękuję, świetnie”. Sprzeciwiam się temu, domagam się by ludzie rozmawiali, odczuwali energię innych. - Rozmawiać mogą równorzędni partnerzy. Czasami jest już za późno na dialog. N.M.: Na rozmowę nigdy nie jest za późno. - Przygotowuje pan drugą część filmu „Spaleni słońcem”. Jego akcja toczy się w latach 1941-43 czyli podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wówczas nikt nie miał czasu ani ochoty na rozmowy. N.M.: W tym rzecz. I właśnie o tym będę opowiadał w tym filmie. - „Spaleni słońcem” był jedynym rosyjskim filmem w ostatnich 20 latach, który odniósł w Polsce sukces komercyjny. Niedawno pokazywano „9 Kompanię” oraz „Dzienną zmianę” i po kilku tygodniach filmy zniknęły z ekranów naszych kin. N.M: Nie ma w tym niczego dziwnego. W „9 kompanii” Borysa można zamienić na Jacke’a lub Johnna i nie będzie różnicy. Rodzime filmy nie odnoszą sukcesu, kiedy pozbawione są własnego krwioobiegu. Dlatego w drugiej część „Spalonych słońcem” chcę przypomnieć prostą a jakże genialną myśl Lwa Tołstoja: „Istnienie jest prawdziwym istnieniem tylko wtedy, kiedy nie ma wpływu na byt”. Kolorowe czasopisma, glamour, życie gwiazd… Nie jestem przeciwko temu, ale koncentrując się na tym wszystkim utraciliśmy własny immunitet. - Czy może Pan zdradzić, czego możemy się spodziewać po kontynuacji „Spalonych słońcem”? N.M.: Jest to największa produkcja filmowa od czasów „Wojny i Pokoju” Bondarczuka. Mam do dyspozycji 45 ml Euro. Dzięki temu powstanie dwuczęściowy film kinowy oraz dwunastoodcinkowy serial telewizyjny.- Jak Pan zdobył tak ogromne pieniądze? N.M.: Pół życia pracujesz na swoje imię, a drugie pół ono powinno pracować na ciebie. Poza tym sponsorzy mi ufają, gdyż wiedzą, że nie kradnę. Do tego diametralnie zmieniła się sytuacja na naszym rynku kinowym. Kiedy nakręciłem przed dziesięcioma laty „Cyrulika syberyjskiego” w całej Rosji było tylko 36 kin z zainstalowanym systemem Dolby Surround. Teraz jest ich 1500. Dlatego również Amerykanie wchodzą z kapitałem do naszego kina. - Równie wielką produkcją był ubiegłoroczny film historyczny „1612” traktujący o wpędzeniu z Kremla cara-samozwańca ustanowionego przez Polaków. Pana firma uczestniczyła w jego produkcji. Czy ten film jest również ważny dla Polaków? N.M.: Szczerze nie mogę powiedzieć, że to ważny film. Nie ma w nim głębokich spekulacji. To taki przygodowy komiks, który ma uzmysłowić młodym ludziom, na czym polegała rosyjska smuta i dlaczego obchodzimy dziś święto 4 listopada. - Powróćmy do filmu „12”. Jest on remake’em obrazu Sidney’a Lumeta z 1957 roku. N.M.: Film Lumeta stanowił dla mnie tylko punkt wyjścia, więc mojej wersji nie można traktować jako remake’u. Jego film mówi o tym, jak wielkie znaczenie dla istoty Ameryki ma prawo. A mój o tym, że prawo tak naprawdę niczego nie rozwiązuje. - Nie tylko proponuje pan inny koniec, ale jest tych zakończeń kilka. Bawi się Pan widzem, gra Pan na jego uczuciach. N.M.: Zrobiłem to świadomie. Jest to czysta prowokacja. Dwukrotnie sugeruję zakończenie i robię woltę. Wiele osób bije brawo, a następnie robi „eeeee”. - Jak zatem należy interpretować końcową scenę filmu - obraz przedstawiający psa niosącego dłoń żołnierza, na której palcu błyszczy pierścień? N.M.: Jeśli nie nauczysz się rozmawiać to nie uratują ciebie żadne brylanty. Jeśli tego nie zrozumiesz to w wielkim świecie twoją rękę będą nosić psy. Tą metaforą kończę film. - Jest jeszcze ostateczna puenta wypisana na ekranie wielkimi literami: „W szczególnych sytuacjach ponad prawem stoi współczucie”. |
| następny artykuł » |
|---|