|
Laurie Anderson, nowojorska performerka multimedialna, przedstawiła podczas Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu projekt „Koniec Księżyca”. Sumuje on jej dwuletnie doświadczenia we współpracy z agencja kosmiczną NASA.
– Jakim trafem Laurie Anderson, artystka awangardowa, trafiła do NASA? Laurie Anderson: To oni do mnie zadzwonili. „Tu przedstawiciel NASA chciałbym dowiedzieć się czy jest pani zainteresowana współpraca z nami jako artystka?” – powiedział głos w słuchawce. „Niech się pan nie wygłupia.” – odpowiedziałam i odłożyłam słuchawkę. Potem okazało się, że to nie był żart i oni rzeczywiście chcą bym na dwa lata została nadworną artystką agencji kosmicznej. Co ciekawe oni też nie mieli pojęcia, co miałabym robić. Kiedy przeszedł szok zrozumiałam, że nadarza się wspaniała okazja do improwizacji. Zwiedziłam centrum lotów w Houston, przylądek Canaveral, Pasadenę, obejrzałam teleskop Hubble’a. W końcu pojęłam, że ci ludzie mają wiele wspólnego ze sztuką. Oni tak jak artyści nie do końca wiedzą, czego szukają. My czekamy na natchnienie, a oni na przypadek.
- No, tak, ale Laurie Anderson artystka często występująca przeciwko amerykańskiemu rządowi nagle rozpoczęła współpracę z jedną z jego agend. L.A.: Nie chcę się usprawiedliwiać, ale nawet w ramach rządu poszczególne jego agendy nie przepadają za sobą. Przykładowo kongres niezbyt lubi NASA, ale musi przyznawać na tę agencję pieniądze. Kongresmani mają dyskomfort, że wspierają gigantycznymi funduszami instytucje, która zajmuje się abstrakcyjnymi rzeczami, które nie generują nowych miejsc pracy. Te dwie firmy są naturalnymi wrogami.
- A czy sama NASA jest jednorodna? L.A.: To taki samodzielny rząd, podobnie zróżnicowany jak ten główny. Mnie interesowali ludzie, a ci w zależności od miejsca pracy znacznie się od siebie różnią. W centrum kontroli lotów w Houston pracują osoby praktyczne, które muszą rozwiązywać bardzo konkretne problemy. Gdzie indziej spotykasz super intelektualistów, którzy zajmują się myśleniem abstrakcyjnym, niczego nie konstruują. Natomiast teleskop Hubble’a obsługują naukowcy, którzy wiedzą że ich misja dobiega końca, co dla naukowca nie jest komfortową sytuacją. Rozmowy z przedstawicielami każdej z tych grup były dla mnie szalenie inspirujące. Dotąd poruszałam się w środowisku muzyków i artystów, nagle poznałam nanotechnologów i fizyków, którzy przemawiają bardzo podobnym językiem, są podobnie wrażliwi. Oni szukają piękna w teoriach, matematycznych wzorach... - Czy końcowy efekt twojej pracy, performance „Koniec Księżyca” przypadł do gustu przedstawicielom NASA? L.A.: Przez dwa lata nieszczególnie interesowali się tym co robię, bo sami mieli pracy po uszy. Natomiast dało się odczuć, że spodziewają się laserowego widowiska, z wykorzystaniem kilku satelitów komunikacyjnych i projekcją na ciemnej stronie Księżyca. Czegoś bardzo seksownego. I kiedy uświadomiłam im, że zrobię z tego dłuższą pogadankę to czuli się mocno zakłopotani. A ja tę moją pogadankę napisana w prostym, dziennikarskim stylu. Opisałam, co widziałam, co usłyszałam i z czym mi się te wszystkie historie kojarzyły w danym momencie. Pewnie nie przypadkiem dowiedziałam się na koniec, że byłam pierwszą i zarazem ostatnią nadworną artystką NASA. - Zapewne podczas tych dwóch lat zmieniło się twoje spojrzenie na pewne sprawy? L.A.: Tam najczęściej spotykałam się pojęciem czasu. Czas jest w NASA wszechobecny i to na kilku poziomach: szybkości, przyszłości... Powstaje na przykład program zazielenienia Marsa, uczynienia go planetą zdatną do zasiedlenia, co ma się rozpocząć w 2010 roku. Ziemię praktycznie zniszczyliśmy, więc teraz przyszedł czas na Marsa. Może naszym powołaniem jest niszczenie? Myślę jednak, że ludzkość zbudowała też kilka wspaniałych rzeczy. Odkrycia są najbardziej pożyteczne, kiedy powstają w czasach pokoju i wolności. Nie można było zabronić skonstruowania bomby atomowej. To tak jakby komuś zabronić myśleć, zakazać czegoś robić. Nie można być policjantem myśli, dlatego nie każdy wynalazek jest dobry.
- Czy obecnie mamy czas sprzyjający wynalazkom? L.A.: Gdybym teraz miała dziesięć lat otaczającym mnie świat doprowadziłby mnie do depresji. Szczególnie to, co się obecnie dzieje w Stanach Zjednoczonych jest nad wyraz depresyjne: wojna, polityczny konserwatyzm, ograniczanie swobód obywatelskich pod pretekstem zagrożenia, projekt legalizowania tortur. Okazuje się, że Ameryka przybiera wizerunek, do którego jej obywatele nie są przyzwyczajeni, wręcz przeciwnie większości nie z tym kojarzyła się demokracja. Siedemdziesiąt procent obywateli nie popiera obecnego rządu, tego wcześniej nie było. Ale, kiedy bym teraz miała dziesięć lat i znalazła się w NASA to znalazła bym tam kilka fantastycznych projektów, które napawały by mnie optymizmem. Projekt „Schody do kosmosu”, misja na Marsa. Obserwowałam lądowanie pierwszych robotów na Marsie. Oczywiście nie było bezpośredniej transmisji, ale każdy z zakończonych pomyślenie elementów misji był symulowany na ekranie. Kiedy ten mały robocik rozpostarł ramiona by złapać energię słoneczną, a następnie ruszył do pracy to było naprawdę piękne. Powinniśmy być pozytywnie nastawieni do tego typu działań. Przynajmniej ja jestem nadzwyczaj spokojna po tych dwóch latach spędzonych w NASA.
- 11 września był szokiem dla amerykańskiego społeczeństwa, a jednocześnie uruchomił mechanizmy, których nawet z perspektywy Europy można się obawiać. L.A.: To był szok. Teraz żyjemy w innym miejscu niż przed tą datą. Władza wykorzystuje strach przeciwko własnym obywatelom i zabiera nam nasze przywileje. Rozumiem, że jako państwo musimy się zabezpieczać, ale to, co robi ekipa Busha nie ma niczego wspólnego z walką z terroryzmem. Oni walczą o dominację nad Bliskim Wschodem, o światową dominację. Bezpieczeństwo jest magicznym słowem. Posługujący się nim politycy wmawiają nam co chcą. Bezpieczeństwo międzynarodowe nie wymaga policji tylko sprawnych dyplomatów. Obecna władza forsuje jednak siłę jako podstawowy argument. Czy ja mam plan? Nie. Czy będę startować w wyborach? Nie ma szans. Czekam jednak na osobę, która będzie miała dobry plan i chętnie ją będę wspomagała. - Należysz do środowiska nowojorskiej awangardy muzycznej, które debiutowało w latach 70. Co jest tak szczególnego w Nowym Jorku, że regularnie co kilka lat rodzi się tam nowe, często odkrywcze zjawisko artystyczne? L.A.: Kiedy zaczynałam bycie częścią artystycznej sceny Noego Jorku wiązało się z podjęciem decyzji, a nie szczególnym przywilejem. Tworzyliśmy w środowisku, które nie miało zamiaru akceptować reguł świata zewnętrznego. Wówczas Nowy Jork był zupełnie innym miastem niż obecnie. Był bardzo biedny, niebezpieczny, mroczny. Wówczas miałam poczucie, że to miasto zbankrutowało. Ostatnią rzeczą jaką można było wiązać z naszą sceną były pieniądze. One były obecne tylko w wielkich muzeach. Byliśmy outsiderami, ale mięliśmy poczucie tworzenia wspólnoty. To ten klimat, ten rodzaj energii sprawia, że to miasto wciąż tętni pomysłami.
- Dość szybko odniosłaś sukces komercyjny, bo już twój pierwszy singel z piosenką „O, superman” stał się przebojem. Czy to cię zmieniło? L.A.: Wielu artystów tworzy po to by znaleźć się w muzeach. Z innej strony dzieła niektórych artystów traktowane są jako dobra inwestycja finansowa. Jeżeli byśmy odłączyli pieniądze od sztuki to mało kto tak naprawdę nią by się interesował. Mój sukces komercyjny nie tyle wpłynął na moje podejście do sztuki, ale zmienił moje spojrzenie na jej marketing. To było cudaczne wydarzenie, ale potraktowałam je z humorem. Starałam się mieć dystans do tego co się wydarzyło, co nie było łatwe. Dla każdego z nas dystans do siebie samego jest bardzo trudny. Kiedy odniesiesz sukces nagle wydaje ci się, że wszyscy są tobą zainteresowani. Wielokrotnie uświadamiałam młodym, żądnym sukcesu artystom, że tak naprawdę mało kogo obchodzi to, co robią artyści. - Najnowszym odkrycie nowojorskiej sceny muzycznej jest wokalista Antony. Posiada niebywały, przepiękny głos, a jego piosenki łączą w sobie czyste piękno z uczuciem przygnębienia. W czerwcu Antony z zespołem The Johnsons ma przyjechać do Polski. L.A.: On jest bardzo, bardzo utalentowany. On miał szczęście ponieważ kilku ludzi mu naprawdę pomogło. Przede wszystkim Lou Reed. Zaprosił go na trasę koncertową, przedstawił ważnym ludziom z branży, popychał go, popychał. Robił to, bo naprawdę zakochał się w jego głosie. Antony jest kochaną osobą. Mimo swej wewnętrznej niewinności mam wrażenie, że będzie umiał pokierować własną karierą.
Rozmawiał Grzegorz Brzozowicz |