Omega, największa gwiazda socjalistycznego rocka zagra w Warszawie Drukuj Email
21.07.2006.
28 maja w Sali Kongresowej wystąpi najpopularniejszy węgierski zespół wszech czasów Omega. W ubiegłym roku w byłej Jugosławii święciło triumfy Bijelo Dugme, a w Polsce Kombii. Gwiazdy socjalistycznego rocka powracają do łask!


Był taki czas, kiedy muzyka rockowa w naszych mediach była reglamentowana według wskaźników zatwierdzanych w Komitecie Centralnym przewodniej siły narodu. To wcale nie dziwne, skoro Biuro Polityczne pod kierownictwem Towarzysza Wiesława Gomułki normowało w latach 60. poziom tłuszczu w śmietanie, czemuż by nie miało ustalać odpowiedniej pory do słuchania rock and rolla. Przepraszam, anglojęzyczne nazwy niezbyt dobrze się wtedy kojarzyły, więc mieliśmy na wszystko własne nazwy, np. szarpidruty na określenie muzyki młodzieżowej, lub jak kto woli, mocnego uderzenia. „Odpowiedzialne czynniki” wyznaczały również - że tak nieładnie napiszę - odpowiednie organy, które przychylnym okiem patrzyły na bigbitową chorobę i promowały wykonawców „jedynie słusznych”. A zatem, mieliśmy programy radiowe mogące puszczać frywolne dźwięki („Studio Rytm” w Pr. I, kilka audycji w Pr. III), mieliśmy też gazety („Sztandar Młodych”, „Razem”) mogące promować tych, co partii nie zagrażali. Ponieważ ekipa towarzysza Edwarda Gierka była propagandowo sprytniejsza, to wymyśliła audycję „Tu Jedynka”, w której grano anglojęzyczne przeboje przeplatane polskojęzycznymi komentarzami obnażającymi zgniły kapitalizm.   

Od początku istniała wyraźna tendencja, by stworzyć coś w rodzaju socjalistycznej odmiany muzyki młodzieżowej. Najpierw odrzucono śpiewanie po angielsku i w czynie mocnouderzeniowym w 1962 roku Niebiesko-Czarni spontanicznie wykrzyknęli: „Polska młodzież śpiewa polskie piosenki”. Dopóki nie znający angielskiego młokosi wykrzykiwali z przejęciem niezrozumiałe, nawet dla siebie, słowa, to ta onomatopeja brzmiała jako tako. Po przewrocie językowym okazało się, że naszej młodzieży nie w głowie dyrdymały, tylko ważkie problemy kraju. Zbuntowana poezja opisywała zatem „Pożar w Kwaśniewicach” (Niebiesko-Czarni), zadawała naukowe pytania: „Czy krasnoludki są na świecie?” (Czerwono-Czarni), a w ramach uświadamiania seksualnego konstatowała: „Bo ty się boisz myszy” (Czerwone Gitary). Ponieważ należało przede wszystkim umacniać sojusz robotniczo-chłopski, więc wydano polecenie, by w ramach mocnego uderzenia zakwitł nurt ludowy. A zatem każdy z zespołów, chcących  jeździć zagranicę, miał w swym repertuarze ludowe przyśpiewki, pieśni patriotyczne i wojskowe. Skaldom ludowszczyzna wychodziła naturalnie i nawet oryginalnie, ale pupilkami władzy była grupa No To Co (mega przebój „Te opolskie dziouchy”), która jako jedyna otrzymała Nagrodę Państwową Trzeciego Stopnia „za propagandę polskiego folkloru i twórcze wykorzystanie rodzimej muzyki ludowej”. A ponieważ paszport był marzeniem każdego więc nasi bigbitowcy aktywnie wspierali swoimi występami wszelakie Dożynki, Dni Trybuny Ludu, Święta Górników i Milicjantów, festiwale Piosenki Żołnierskiej i Radzieckiej oraz rocznice powstania PRL-u.

W latach 60. i 70. było podobnie we wszystkich Demoludach (Kraje Demokracji Ludowej czyli poddani Moskwy), choć w jednych na rocka spoglądano łaskawszym okiem (Węgry, PRL), a w innych mniej (ZSRR, Czechosłowacja, Bułgaria, NRD, Rumunia). Ingerencje cenzury w teksty socjalistycznych bigbitowców nie mogły jednak spowodować powstania oryginalnej muzycznie sceny soc-rockowej. Co więcej, historia rocka w krajach byłego Bloku Wschodniego sprowadzała się do lepszego lub gorszego kopiowania zachodnich wzorców. W Czechosłowacji przykładowo lansowano czeskojęzyczne wersje światowych przebojów oczywiście unikając w radiu prezentacji oryginałów.

A jednak w pierwszej połowie lat 70. wypracowano coś na podobieństwo socjalistycznego brzmienia rockowego, choć jako takowe nigdy nie zostało ono zdefiniowane. Jego pionierem była węgierska grupa Omega, która w 1969 roku nagrała „Dziewczynę o perłowych włosach”, przebój będący wzorcem kierunku, który określam mianem rolniczego rocka. Tę patetyczną balladę rozpoczyna spokojny wstęp na organach Hammonda, do których z cicha przyłącza się gitara. Już w trzydziestej sekundzie następuje pierwsza kulminacja, kiedy w oszałamiający sposób wkracza perkusja, a gitara przepięknie zawodząc gra melodię refrenu. Następnie pojawia się szepcząco-drżący głos wokalisty, który w drugim refrenie wije się już z bólu. W finale śpiew Janosa Kobora przechodzi w skowyt, a Hammondy i gitary szaleją z rozpaczy. Piękne. Ponadczasowe. Niepowtarzalne. Dopiero pisząc ten tekst zachciało mi się dowiedzieć o czym jest ta rozpaczliwa historia.

Pewnego razu Słońce tak się zmęczyło,
że zasnęło na łonie zielonego jeziora.
Ludziom zaczęła dokuczać ciemność.
W końcu zrobiło się jej ich żal  
I wtedy przyszła ona do nas.

Tak, wtedy przyszła dziewczyna o perłowych włosach.
W marzeniach, a może na jawie?
Ziemia i niebo stały się zielone i niebieskie
jak dawniej...

Od prawie już czterdziestu lat trwa spór o to kim jest dziewczyna o perłowych włosach. Ostatnio Janos Kobor wyjawił nieoficjalnie, że podejrzewa autora piosenki Gabora Pressera, że mogło mu chodzić o samego siebie (patrz foto). Wątpię, by ktoś dał się złapać na tę ohydną, choć poprawną politycznie prowokację. Szczególnie, że piosenka dla wielu osób dorastających w latach 70. po naszej strony żelaznej kurtyny jest hymnem tamtych czasów. W NRD, Frank Schoebel, nagrał w 1972 roku niemieckojęzyczną wersję piosenki pt. „Napisz mi to na piasku“. Dwadzieścia trzy lata później zachodnioniemieccy Scorpionsi przerobili „Dziewczynę” na „Białego gołębia” i świat nie oszalał. Nic w tym dziwnego bo ten standard brzmi przepięknie tylko w niezrozumiałym węgierskim. Dlatego w 1994 roku Kazik zaśpiewał „Gyöngyhajú lány” po pseudo madźjarsku i było świetnie.

Omega jako jedyny zespół naszego bloku odniósł niekwestionowany sukces na Zachodzie. W odróżnieniu od naszych wykonawców, którzy „byli” o krok od światowej kariery (Breakout, Lady Pank) albo nawet wydali płyty na Zachodzie tylko nikt ich nie kupił (SBB, Niemen, Maanam), węgierska grupa może się poszczycić aż szesnastoma anglojęzycznymi płytami.         

„Dziewczyna o perłowych włosach” nie powstała z niczego. Swą konstrukcją i aranżacją przypomina dwa wielkie przeboje brytyjskie z lat 1967/68 „A Whiter Shade of Pale” Procol Harum i „Nights in White Satin” Moody Blues. Możliwe, że tropem sukcesu przeboju Omegi (miała jeszcze tylko jeden podobny hit „Czarodziejski biały kamień”), nie poszliby inni wykonawcy wschodnioeuropejscy, gdyby w 1970 roku w Wielkiej Brytanii nie pojawił się zespół Uriah Heep. Nie cieszył się szczególnym uznaniem w swoim kraju, krytycy wręcz go wyśmiewali, ale za to podbił serca niemieckiej i wschodnioeuropejskiej publiczności.

Z kolei, Juraja miała w swym repertuarze dwa rodzaje ballad, które zdefiniowały brzmienie rolniczego rocka. Patetyczne, ciągnące się w nieskończoność pościelówy oparte na brzmieniu organów Hammonda („Cyganka”, „Lipcowy poranek”) oraz proste smutasy, które łatwo jest samemu zagrać na gitarze. Ileż to dziewcząt zniewolili samorodni gitarzyści, którzy na podwórkowych ławkach śpiewali „Dziewczynę w czerni” Juraji albo „Dom wschodzącego słońca” w wersji Animalsów, oczywiście z jednym z niezliczonych krajowych tekstów. Do ławkowo-harcerskiej klasyki lat 70. zalicza się również „Kiedy ślepiec płacze” i „Żołnierz fortuny” Deep Purple. Oba utwory gigantów hard rocka wprawdzie nie należą do ich żelaznego repertuaru, ale zawierają tak pociągającą dozę rockowego wieśniactwa, że istnieje bułgarska i rosyjska wersja drugiej z piosenek. Należy dodać, że „Lady in Black” doczekała się uzbeckiej wersji, o tajemniczym tytule „Nav nichol”, w wykonaniu zespołu Yalla. A z kolei gruziński band Iverija nagrał - niestety po angielsku, ale z odpowiednim akcentem i wdziękiem - dwa inne klasyki Uriah Heep: July Morning (jako „Ijulskoje utro”) oraz Sunrise („Woshod sołnca”). Jeśli chodzi o naszych klasyków ławkowego rock and rolla, to zdecydowanie palma pierwszeństwa należy się: „Kiedy byłem małym chłopcem” Breakotów i kilka lat później „Nie płacz Ewka” i „Pepe wróć” Perfectu.     

By zachować na antenie radiowej równowagę między prezentacją zachodnich i socjalistycznych gwiazd mocnego uderzenia, w Programie III PR, istniała wyspecjalizowana audycja „Interradio”. Dzięki niej, mogliśmy cieszyć się kunsztem muzycznym nie tylko węgierskich zespołów Omega, Locomotiv GT, Scorpio czy Piramis, ale również gwiazd rocka z NRD (Phudys), Czechosłowacji (Katapult, Colegium Musicum), Bułgarii (Signal), Rumunii (Holograf, Phoenix) i ZSRR (Samocwjety, Ariel). Tak naprawdę, to oprócz zespołów węgierskich prawdziwą popularnością cieszyły się u nas jeszcze jugosłowiańskie grupy rockowe.     

Jugosławia nie zaliczała się do klasycznych Demoludów, bowiem jeszcze w 1948 roku marszałek Tito pokazał Stalinowi wyciągnięty środkowy palec. Płyty zachodnich wykonawców ukazywały się tam regularnie, a i na żywo można było zobaczyć gwiazdy, o których u nas mogliśmy sobie tylko pomarzyć. Mimo wyraźnego otwarcia na Zachód,jugosłowiański rock dość długo nie mógł zdobyć szerokiego popularności nawet u młodzieży. Przełom nastąpił wraz z pojawianiem się sarajewskiego zespołu Bijelo Dugme, którego liderem był Goran Bregović. Jesienią 1974 roku na polskiej antenie radiowej po raz pierwszy pojawiła się „Selma” z miejsca stając się drugim, obok hitu Omegi, klasykiem rolniczego rocka. W następnym roku polskie serca podbiła skoczna pioseneczka Białego Guzika - „Hop-Cup”, w której wokalista oznajmia:

Córo mała, wiedz, miłości nadszedł kres, mała wiedz,
Inną kocham ja, niech każdy wie, kocham ja.
W lasku, gdy całować cię chciałem,
Powiedziałaś mi, za mała jeszcze jestem.
Hop-cup podskoczę, inną córę pocałuję
Pocałuję drugą, wiedz.
Mam to gdzieś, hej hej

W kwietniu 1977 roku Biały Guzik przyjechał na siedem koncertów do Polski. „Życie idola nastolatków jest wszędzie na świecie takie samo.” – wspomina Goran Bregović, „Szaleństwo, alkohol, wygłupy... Nawet teraz nie łatwo o tym mówić nie czerwieniąc się. Koncerty w Polsce? Pamiętam tylko wielkie ilości szampana, kawioru, kompletne wariactwo przez cały dzień... i dziewczęta tłumnie pchające się do naszych łóżek. W Poznaniu, gdzie miał miejsce centralny zlot wykonawców ze Wschodniej Europy, odbył się bankiet zorganizowany przez konsula z NRD. Posadzono nas za wielkim stołem jak na jakiejś konferencji partyjnej i było potwornie drętwo. W pewnym momencie nasz menedżer potężnie pierdnął. Poderwał się natychmiast i wykrzyknął do niemieckiego gospodarza „nicht gut”. Potem zrobiło się zabawnie.

Drugim spośród jugosłowiańskich zespołów, który zyskał w naszym kraju uwagę była grupa o prawdziwie soc-rockowej nazwie – Teszka Industrija czyli Przemysł Ciężki. Jej najpopularniejsza, przejmująca ballada opowiadała nie o wielkiej miłości tylko o serbskim fizyku i wynalazcy Nikoli Tesla.

A jak było u nas? Tak naprawdę rolniczy rock wkroczył na naszą estradę wraz z pojawieniem się w 1974 roku lubelskiej Budki Suflera. Już jej debiutanckie nagranie, „Sen o dolinie”, zdefiniowało teraźniejszość i przyszłość polskiego rocka. W pierwszych słowach tej piosenki pada prorocze stwierdzenie: Znowu w życiu mi nie wyszło, Uciec pragnę w wielki sen. No i się zaczęło. W ślad za sukcesem Budki, podążyły inne muzyczne koszmarki w rodzaju zespołów: Exodus, RSC, Bank, Cytrus, Krzak czy wczesnego Kombi. By podkreślić nowatorstwo tego nurtu ukuto określenie Muzyki Młodej Generacji.

Jak wiadomo nawet jeśli uda nam się stworzyć coś wyjątkowego, to i tak profity zbierze kto inny. Nie jest przypadkiem, że spadkobiercą tak mozolnie wypracowanego przez nas socjalistycznego brzmienia rockowego nie została grupa z naszej części Europy. Choć Omega wydała na Zachodzie tak wiele płyt, to fortunę zgarnął wspomniany zachodnioniemiecki Scorpions. Mając zdecydowanie lepszych menadżerów i paszporty w szufladzie, ten fajansiarski zespół tylko w latach 80. sprzedał w samych Stanach Zjednoczonych ponad 10 milionów płyt.

W 1999 roku Omega utworzyła spółkę akcyjną Omega Rt z kapitałem 20 milionów forintów (ok. 80 tys. dolarów). Dodatkowo, grupa założyła lokalną telewizję o nazwie Omega TV, a dwa lata temu na jej koncert na Nepsztadionie przyszło 70 tys. widzów. W ubiegłym roku trzy koncerty reaktywowanego Bijelo Dugme obejrzało w Sarajewie, Zagrzebiu i Belgradzie 350 tys. fanów.  Najpopularniejszym albumem zeszłego roku w naszym kraju był „c.d.” odkurzonego Kombi. W czasach, kiedy miano złotej płyty (35 tys.) zdobywa u nas tylko kilka albumów rocznie płyta Skawińskiego i spółki osiągnęła ponad stutysięczny nakład.


Grzegorz Brzozowicz

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Menu główne
Start
Artykuły
Kontakt
components joomla modules Joomla Templates Joomla tutorials