|
Symboliczny rozpad Serbii i Czarnogóry nastąpił podczas krajowych eliminacji do tegorocznego festiwalu Eurowizji. Czarnogórscy jurorzy nie przyznając z premedytacją punktów serbskim wykonawcom wywołali zamieszki na widowni. Po tygodniu bezowocnych negocjacji ustalono, że podczas tegorocznego finału w Atenach Serbia i Czarnogóra nie będzie reprezentowana.
11 marca Serbią wstrząsnęły dwa, z pozoru nie mające ze sobą niczego wspólnego, wydarzenia. Pierwszym była wiadomość o śmierci Slobodana Miloszevića, drugim finał krajowych eliminacji mających wyłonić piosenkę, która będzie reprezentowała Serbię i Czarnogórę na tegorocznym festiwalu Eurowizji.
„W centrum kongresowym ‘Sava Centar’ zamknął się w symboliczny sposób proces rozpadu Jugosławii.” – pisze Dragan Ilić w magazynie „Nowa Serbska Myśl Polityczna”, „Według historyków rozpoczął się on w tym samym miejscu podczas XIV kongresu Związku Komunistów Jugosławii. Wówczas słoweńska delegacja demonstracyjnie opuściła salę sarkastycznie żegnana przez resztę jugosłowiańskich proletariuszy. Teraz podczas imprezy muzycznej doszło do wojny na punkty między serbskimi i czarnogórskimi jurorami.”
Tak jak na historycznym kongresie sprzed 15 lat i tym razem gośćmi honorowymi koncertu byli przedstawiciele „bratnich” republik. Ku zadowoleniu wszystkich, Severina z Chorwacji, zespół Hari Mata Hari z Bośni i Hercegowiny, grupa Plan B z Słowenii oraz nastoletnia Macedonka Nina Najna, zostali przyjęci bardzo ciepło, co miało podkreślić, że więcej łączy niż dzieli narody byłej Jugosławii. Do momentu głosowania wszystko odbywało się według ustalonego planu. Na zmianę występowali reprezentanci Beovizji i Montewizji. Wydawało się, że główna batalia będzie przebiegała pomiędzy wykonawcami reprezentującymi koncepcję etno-popu, a zwolennikami klasycznego disco brzmienia. Większość serbskich artystów stawiała na gołe pępki, taniec brzucha i ludowe pokrzykiwania. Tylko niejaka Ana Bekuta przywdziała ludowy strój, ale nie wiadomo czemu Rzymianki, i wjechała na scenę na rydwanie. Reprezentanci Czarnej Góry woleli rockowe granie i nastroszone fryzury. Krytycy muzyczni uznali, że głównym nurtem tegorocznych preeliminacji był „wrc-wrc”, zgodnie z refrenem piosenki Severiny. W głosowaniu wzięło udział po czterech przedstawicieli każdej z republik i jako dziewiąty głos liczył się rezultat plebiscytu telewidzów. Tym ostatnim najbardziej podobała się piosenka „Szalony letni taniec” w wykonaniu belgradzkiej grupy Flamingosi. Serbscy jurorzy oddali głównie głosy na swoich, ale też nagradzali wykonawców z bratniej republiki. Czarnogórcy nie mieli żadnych skrupułów i serbskim artystom nie przyznali nawet jednego punktu. Dzięki temu wygrała grupa No Name (od belgradzkiej komisji otrzymała 8 punktów), która w identyczny sposób zajęła pierwsze miejsce przed rokiem. Tego było zdecydowanie za wiele. Na scenę poleciały plastikowe butelki i rozległo się skandowanie „złodzieje, złodzieje”. Publiczność uniemożliwiła No Name wykonanie zwycięskiej piosenki wykrzykując - „Won ze sceny! won! Chcemy Flamingi!”. Na estradę w końcu wyszli Flamingosi i dwukrotnie zaśpiewali piosenkę, która była moralnym zwycięzcą finału. By podkreślić pikanterię całego zajścia należy dodać, że w składzie Flamingów występuje mieszkająca w Belgradzie, Czarnogórka Marinka Madżgalja.
Z założenia rozrywkowa impreza muzyczna wywołała ogólnokrajowy polityczny skandal. Następnego dnia, na placu Republiki w Belgradzie, doszło do manifestacji. W głównym wydaniu czarnogórskich wiadomości tamtejsi wykonawcy opowiadali o atmosferze linczu wywołanej przez serbskich chuliganów, a krytycy wyjaśniali, że grupa Flamingosi „nie reprezentuje dostatecznie wysokiego poziomu artystycznego”. Przedstawiciel serbskiego ruchu „5 października”, niejaki Batić, publicznie wezwał do przeprowadzenia referendum w sprawie przyszłości federacji, a Dobrilo Dedeić z Partii Narodowej uznał, że ten incydent świadczy o kampanii podburzania w Serbii nastrojów antyczarnogórskich.
Po kilkudniowej medialnej burzy organizator konkursu, Radio Telewizji Serbia, zaproponowało powtórzenie imprezy, ale tym razem jedynym jurorem byliby wyłącznie telewidzowie. Zgodę na to wyraziła centrala Eurowizji, ale dyrektor RTV Czarnogóra odrzucił propozycję argumentując, że głosowanie odbyło się zgodnie z procedurami konkursu. W końcu w dzisiejszym oświadczeniu, dyrektor telewizji RTS Aleksandar Tijanic, ogłosił: „Uważamy, że dla wszystkich będzie lepiej jeśli w tym roku Serbia i Czarnogóra nie będzie miała wspólnego reprezentanta na festiwalu Eurowizji, niż gdybyśmy się po raz drugi zgodzili się na manipulację, naciski, szantaż i dobrowolne poddanie się woli muzycznych klanów i politycznych mentorów. Nikt z naszych wykonawców nie zaśpiewa w Atenach.”
Prawdopodobnie Serbia i Czarnogóra zostanie wykluczona na trzy lata z konkursu Eurowizji, a dodatkowo tamtejsi organizatorzy konkursu będą musieli zapłacić 35 tysięcy franków szwajcarskich kary.
„Czarnogórcy, zgodnie z przyjętą zasadą głosowali podczas konkursu jako ostatni,” – podsumowuje Dragan Ilić, „Teraz nadszedł czas by również oni ogłosili koniec naszej wspólnoty.” Wszystko wskazuje na to, że finał ostatniej spadkobierczyni dawnej Jugosławii, federacji Serbii i Czarnogóry, zostanie zapamiętany po okrzyku - „Chcemy Flamingi!”.
Grzegorz Brzozowicz
|